Veronika Soloshenko
Przygotowania do świąt - zdjęcie z archiwum prywatnego osoby goszczonej
Dom Gosi nie był jednak miejscem, do którego Żenia trafiła na początku. Pierwsze miesiące spędziła przy tej samej ulicy, ale w innym domu. Tamto doświadczenie miało inny charakter – pełne niepewności i niezrozumienia po każdej ze stron. Tak to bywało z goszczeniem w dobrej intencji i terminem ważności wyznaczonym przez program 40+. Jednak od pierwszych dni Żeni w Polsce w jej życiu pojawiła się inna ważna postać – sąsiadka, pani Krysia. – Gdyby nie pani Krysia, na pewno by nas tu już nie było.
W 2022 roku pani Krysia pomagała z dokumentami, a teraz kilka razy w tygodniu pracują nad wymową Żeni po polsku. Sieci społeczne, tutaj pod postacią życzliwej sąsiadki, często były ważnym wsparciem zarówno instrumentalnym, jak i emocjonalnym, dla osób goszczonych. Pani Krysia zawsze wiedziała, co i jak należy zrobić, ale była też osobą, z którą można było o wszystkim porozmawiać albo po prostu posiedzieć w ciszy. Przyszła ze słodyczami dla dzieci i została: – Taka nasza polska babcia.
Kiedy zakończyły się świadczenia z programu 40+, Żenia została poproszona o znalezienie nowego miejsca zamieszkania. Szukała, dzwoniła, pisała, ale w tamtym momencie wolnych mieszkań dostępnych finansowo dla matki z dwójką dzieci uciekającej przed wojną po prostu nie było. Przeprowadzka do innej miejscowości również nie wchodziła w grę – dzieci chodziły już do lokalnej szkoły.
Wtedy pani Krysia pomyślała o Gosi, która miała wolny dom po dziadkach. Co prawda nie planowała goszczenia – jak mówiła, warunki były nienajlepsze: stary, niezamieszkały dom – ale sytuacja była kryzysowa. Dopiero wtedy Gosia i Żenia poznały się, a ich pierwsza rozmowa odbyła się podczas sprzątania domu przed przeprowadzką. – Wtedy to myśmy się nagadały, poopowiadałyśmy sobie swoje życia. Każda po swojemu, ale się rozumiałyśmy.
Tak rozpoczęło się drugie doświadczenie Żeni goszczenia w polskiej rodzinie – niby podobne, bo paręset metrów dalej, również w wolnym domu, lecz zupełnie inne. Kiedy pierwsza goszcząca rodzina przy przypadkowych spotkaniach udawała, że się nie znają, z Gosią Żenia dzieli kolejny wspólny rok.
Widzę to też w zauważalnej uldze Żeni, gdy w swojej opowieści dochodzi do momentu poznania Gosi. Rozmawiamy długo – i Żenia, i Gosia mają mnóstwo anegdot uzbieranych przez te lata goszczenia. Obie kobiety mówią o bliskości – tej nienazwanej, ale obecnej pomiędzy wierszami: we wspomnieniach rozmów, wspólnych przeżyć, odbytych podróży czy zwykłej codzienności, którą dzielą ze sobą.
– A jeszcze połączyła nas wspólna pasja – puzzle! Umawiałyśmy się, jak dzieci były w szkole, na kawę i puzzle. Albo u Żeni, albo u mnie. Mamy całą kolekcję, niech pani spojrzy na te pudełka. Przez przypadek to się zaczęło – miałam rozłożone puzzle, a Żenia zobaczyła i mówi: „Chodź, poukładamy razem”. I się wciągnęła. Tak, że później nie mogłyśmy się od nich odkleić. Jak miała urodziny, to kupiliśmy jej zestaw. Żebym też mogła do niej chodzić i układać, nie? Raz tu, raz tam. Żyjemy tak, że jak coś potrzeba, to wiadomo, do kogo można uderzyć. Zaprzyjaźniliśmy się. Typowa przyjaźń polsko-ukraińska.
Inną historię, tym razem o urodzinach, opowiada mi Żenia – jak z tortem i świeczkami przyszli złożyć życzenia mężowi Gosi. Wiedziała, że nie przywiązują dużej wagi do takich okazji, ale chcieli w ten sposób okazać wdzięczność. – A jak wyglądają u was święta? – pytam. – Razem, oczywiście. Żenia śmieje się, że zawsze muszą uważać, by w kalendarzu zaplanować jeszcze jedną wizytę – u pani Krysi, która co roku zaprasza i „spróbuj tylko nie przyjść”.
Tak sobie wspólnie żyją – trzy różne rodziny połączone jedną historią. Pod koniec naszej rozmowy Gosia mówi, że jedyna korzyść z wojny jest taka, że ona i Żenia się spotkały. I jak kilkakrotnie podkreśla – mama Żeni uważa tak samo.
– Mam świadomość, że oni kiedyś będą musieli podjąć jakąś decyzję. Nie można do emerytury mieszkać w takich warunkach. Żenia z dziećmi jest w Polsce, a jej mąż został w Ukrainie. Ale i dzieci będą coraz starsze, będą chcieli być rodzina. A ja miałam taką piękną wizję… Rozmawialiśmy kiedyś z mężem Żeni i oni zaczęli opowiadać, co nam pokażą w Ukrainie. Pamiętam, że wszyscy się popłakaliśmy. Mówili: „Zabierzemy was tu i tam, pokażemy wam nasz Kijów”. Do jakiegoś parku pójdziemy, tam, gdzie normalnie spędzali czas. Tak się wszyscy wzruszyliśmy tą wizją. Ale ona coraz bardziej odchodzi. Coraz mniej prawdopodobna się staje, nie? Bo czy kiedykolwiek będzie można spokojnie pojechać do Kijowa? Ja nigdy tam nie byłam. Moi rodzice byli. Nic nam nie pozostaje, jak tylko wierzyć, że to się kiedyś wydarzy. I że kiedyś będzie można tam normalnie pojechać. Mówię im: „Wtedy się zrewanżujecie, jak przyjedziemy do was”. I zaczęliśmy planować. Ale to było w pierwszym roku wojny. Teraz już takich wizji nie mamy.
Tak w wielkopolskim miasteczku trwały przygotowania do już czwartych wspólnych świąt. Widziałam zdjęcia pierników udekorowanych biało-czerwonym i niebiesko-żółtym lukrem z 2022 roku oraz wystawne wielkanocne paski z 2023. W 2024 też były i paski, i pierniki, i jak widać, w 2025 również są. Czy w kolejnym roku wciąż będą?
„Ostatnio czytam na Waszej stronie same smutne wpisy. A my zaczynamy polsko-ukraińskie przygotowania do świąt. Wczoraj był stollen day, czyli pieczenie niemieckiego ciasta. Pozdrawiamy”.
Patrzę na tę wiadomość na Whatsappie i uśmiecham się gorzko. Gosia ma rację – ostatnio coraz rzadziej można natrafić na pozytywny wpis, zresztą nie tylko na naszej stronie.
Mija kilka dni i dostaję kolejną wiadomość, tym razem od Żeni: „Kontynuacja polsko-ukraińskich przygotowań do świąt. Dziś mamy dzień pieczenia pierników” – i dołączone nagranie. Podobne pokazywała mi Gosia, tyle że z poprzedniego roku. Cieszę się na te wiadomości i na myśl, że pośród wielogłosu narracji “anty-...” mogę być świadkinią prawdziwie dobrej relacji.
Poznałam Gosię ubiegłej wiosny. Spotkałyśmy się na rozmowę i herbatę w jej kuchni. Kiedy zapytałam ją o doświadczenie goszczenia, spojrzała na mnie z zauważalną satysfakcją: – Ale ja cały czas goszczę. Tak po sąsiedzku, można powiedzieć, tam na zakręcie.